GDY WŚRÓD LUDU rozeszła się wieść o czynach i słowach uczniów oraz o przemianie Szawła, liczba naśladowców znacznie wzrosła.

marzec 23, 2009 at 10:58 am | In Jezus Chrystus mój życiorys | Leave a Comment
Tags: , , , , , , ,

GDY WŚRÓD LUDU rozeszła się wieść o czynach i słowach uczniów oraz o przemianie Szawła, liczba naśladowców znacznie wzrosła. Także Maria Magdalena, której dzieje już były znane wśród ludzi, przyprowadziła do Damaszku wielu, albowiem zaczęła nauczać kobiety. Założyła tam także dom dla dziewcząt, który nazwano jej imieniem i dawała tam pierwsze nauki tym, które prosiły ją o pomoc.

We dnie i w nocy pilnie pracowała i pozyskała sobie wielu wdzięcznych jej przyjaciół. Wypełniała ją wielka siła, która nieustannie wiodła do nowych czynów. Cokolwiek robiła, przynosiło szybkie efekty i dobre owoce. Wydawało się, że dla Marii Magdaleny rozpoczął się kolejny okres spokojnego życia, okres, w którym w piękny sposób działała wśród kobiet. Podstępne działania Żydów, którzy prześladowali Pawła, niepokoiły jednak całą gminę. Rozpoczęły się prawdziwe prześladowania.

Marię Magdalenę ostrzeżono. Znowu zapłonął przed nią wielki płomień i usłyszała głos:

»Wkrótce wypełni się twoja droga, służebnico Pana. Pośpiesz się, aby nie skróciła jej ręka mordercy. Stań się jeszcze raz narzędziem, albowiem Paweł jest w wielkim niebezpieczeństwie. Jest on wszak dopiero na samym początku swojego działania, które wpłynie na szerokie masy narodów.

Pośpiesz się! O północy udaj się ku bramie i przekaż także Pawłowi, aby przyszedł tam wraz z trójką pomocników. Stamtąd spuszczą was po drugiej stronie muru, abyście jeszcze przed świtaniem zdążyli dotrzeć do skalnej świątyni. Grozi wam bowiem to, że wtrącą was do więzienia i będą torturowali.«

Maria Magdalena przeżyła następną burzliwą noc, podczas której śpieszyła się, aby jak najprędzej dotrzeć do uczniów. Chciała od razu informować ich o tym, co przed chwilą jej przekazano. Uczniowie siedzieli wszyscy zgromadzeni w pomieszczeniu, które przeniknięte było delikatnym, słodko cierpkim zapachem płonących świec. Gdy Magdalena cicho weszła tylnymi drzwiami, akurat odmawiali modlitwę.

Poczekała, aż donośny głos Pawła umilknie, po czym zapukała w niskie dwuczęściowe drzwi. Górna część drzwi się uchyliła i pojawiła się pani domu. Jej twarz wyrażała ostrożność i lekką obawę. Gdy poznała Marię Magdalenę, twarz rozjaśnił uśmiech, a w czarnych oczach pojawił się radosny blask. Głęboko się kłaniając wpuściła Magdalenę do środka.

W międzyczasie wielu zgromadzonych opuściło pomieszczenie przez drzwi frontowe. Kilka zydli i ciemnych drewnianych ław stało pod czterema grubymi, gołymi ścianami wielkiego pomieszczenia, które kiedyś prawdopodobnie było stajnią.

W samym środku stała jeszcze grupka żywo rozprawiających mężczyzn. Wśród nich byli także Paweł i Ananiasz. Resztę tworzyła młodzież, która z wielką gorliwością rozprawiała o słowach Pawła. Ten od czasu do czasu coś wtrącił po grecku.

Byli tak zajęci rozmową, że nawet nie spostrzegli, kiedy pojawiła się Magdalena. Zauważyli ją nagle, gdy podeszła do nich bliżej. Paweł wyciągnął do niej ręce w błogosławiącym geście i rzekł: »Pokój z tobą!«

Wtem drgnęli, usłyszeli bowiem odgłos gwałtownych uderzeń w bramę zewnętrznego podwórza.

Maria Magdalena błyskawicznie opowiedziała im o wszystkim. Zwłaszcza podkreśliła ostrzeżenie, które do niej dotarło. Od razu pojęła, że prześladowcy już są na ich tropie. Szybko skinęła ręką i pięć postaci po cichu wyszło za nią tylnymi drzwiami, przez które przyszła.

Na placu z tyłu domu panowała cisza, ulice, którymi uciekali, teraz skropione deszczem, były puste i ciemne. Nie znali drogi, tylko ciągle zmierzali w kierunku gór.

W ten sposób dotarli do małych okratowanych wrót, które nie były zamknięte. Przeszli przez nie i znaleźli się przed starą wieżą. Z tej strony wchodziło się do niej z poziomu ulicy, podczas gdy na stronie drugiej jej ściany opadały w dół do głębokiego, suchego rowu.

Potężne kamienne mury wieży były ciemnoszare, szorstkie i porośnięte kępkami suchej trawy. Z dołu ziała ciemność. Wszędzie panowała martwa cisza. Magdalena z przerażeniem spojrzała w dół, równocześnie jednak zauważyła kołowrót, którym wyciągano na górę wielkie kosze ze zbożem, które później przenoszono do miejskich spichrzy. Znowu przypomniała sobie słowa:

»… spuszczą was po drugiej stronie muru…«

Dlatego skinęła młodym mężczyznom, aby przygotowali kosz. Pomogli wejść do niego Pawłowi, który tylko z wielkimi oporami zgodził się na taki sposób ucieczki. Ananiasz przekonał go jednak, aby ich posłuchał. Kołowrót zaskrzypiał napędzany trzema parami mocnych dłoni młodych mężczyzn.

Magdalena patrzyła, jak kosz powoli opada na dół i serce biło jej mocno. Drżąc przechyliła się przez krawędź muru. Czy ucieczka się uda? Lina zadrżała i rozluźniła się. Po tym poznali, że kosz opadł na ziemię. Po chwili wyciągnęli go ponownie na górę.

Ananiasz i Magdalena czekali na kosz z olbrzymim napięciem, ponieważ widzieli, jak za nimi ulicami miasta powoli zbliżają się w ich kierunku światła pochodni. Mieli odczucie, że ich napięte nerwy już słyszą w szumie nocnego wiatru okrzyki i odgłosy rozmów. Trzej młodzi uczniowie, którzy pomagali im w ucieczce, popędzali ich i radzili, aby weszli do kosza wspólnie.

»Dwójka dorosłych łatwo w nim się zmieści, a my zyskamy w ten sposób czas. W przeciwnym wypadku może się zdarzyć, że Pawła na dole złapią.«

To zmusiło ich do podjęcia decyzji i wybrali ów skrajnie niebezpieczny wariant. Oboje weszli do kosza, a ten bardzo szybko zaczął opadać w dół. Maria Magdalena zaczęła się bać. Czy lina wytrzyma? Wkrótce jednak coś szarpnęło i kosz opadał już powoli w normalnym tempie.

Już prawie dotykali ziemi, gdy nagle lina ze świstem spadła im na głowy i kosz gwałtownie uderzył o ziemię. Wstrząśnięci szybko wydostali się z niego na zewnątrz. Pawła już nie było. Prawdopodobnie poszedł już naprzód.

Z góry dobiegł ich krzyk, a do rowu zaczęły spadać ciężkie kamienie. Dwójka uciekinierów przycisnęła się do muru, a później po kryjomu skierowała swoje kroki w kierunku gór.

Jeszcze długo słyszeli wrzaski Żydów i wrzawę walki. Z bólem w sercach myśleli o nieubogich ofiarach, które wpadły w ręce prześladowców. Który z nich był do tego stopnia przytomny, że zdążył przeciąć linę, na której wisiał kosz?

Dopiero teraz Maria Magdalena zaczęła odczuwać po upadku mocny ból w całym ciele. Podążała jednak naprzód pocieszając się tym, że spełniła nakaz Pana. Droga prowadziła przez ciemne i wilgotne krzaki w górę na pierwsze pagórki, gdzie znajdowały się małe, kwadratowe domki z płaskimi dachami, które przylepione były do skały, jak ptasie gniazda. Nikt w nich nie mieszkał. Były to resztki starej osady pasterskiej.

W szarej poświacie, oznajmiającej bliski wschód słońca, zaczynały się podnosić poranne mgły. Na ziemi panowała jeszcze noc, tylko niebo już pojaśniało. Ciemne chmury rozpędziła burza, która teraz była tylko lekkim wiatrem.

Przemoczona i zmęczona wędrowała para uczniów po zboczach pagórków i szukała drogi do świątynnych jaskiń.

»Paweł da nam znak, gdy będziemy na miejscu,« pocieszała Maria Magdalena. Pocieszanie było jednak potrzebne bardziej jej samej niż Ananiaszowi, który szedł wyprostowany przed nią.

»Niepotrzebne nam są żadne inne znaki poza tymi, które daje nam Pan. Wiem, że jesteśmy na właściwej drodze!«

Dla Magdaleny droga ta jednak była bardzo ciężka. Nie potrafiła iść już tak szybkim i równym krokiem, jak kiedyś.

»Bądź spokojna i nie obawiaj się, wkrótce będziesz u celu. Twoje ziemskie życie dobiega końca. Będziesz mogła przeżywać radości Światła!«

Takie szepty rozlegały się pocieszająco wokół niej. Przed nią w delikatnych, kolorowych kręgach unosiły się promienie światła. Opiekuńcze dłonie prowadziły ją i wspierały, aby mogła iść bardziej pewnie. Pomimo to jej czoło pokryte było zimnym, perlistym potem. Ostry ból w lewym boku często zmuszał ją do odpoczynku. Szła dalej już tylko z wielkim samozaparciem.

»Ananiaszu, szukaj Pawła sam, ja już nie mogę iść tak szybko.«

»Jeżeli nas szukają, Mario Magdaleno, złapią cię.«

»W takim razie to Wola Pana, że muszą najpierw spotkać mnie, zanim dotrą do Jego wybrańca. Chcę służyć do samego końca!«

Jej siła przejawiła się jeszcze raz. Na nogach trzymała się już jednak tylko siłą woli. Ciało było już całkiem wyczerpane. Jej godzina nadeszła.

Ananiasz zaprowadził ją do niedalekiej jaskini, która przynajmniej ochraniała przed zimnym wiatrem. Przed nią roztaczał się zalany słońcem cudowny widok na wyżyny Antylibanu, które wznosiły się na tle nieskończonej dali i zachwycały swoim pięknem.

Ale Maria Magdalena nie widziała już niczego.

Pochyliła głowę, sucha gorączka wstrząsała nią coraz częściej na zmianę z zimnymi dreszczami. Pragnęła spokoju i czegoś chłodnego do picia. Po raz pierwszy po długim czasie jej samej potrzebne było pocieszające ludzkie słowo i pomocna dłoń. Swoje życie już długo poświęcała innym nigdy przy tym nie myśląc o sobie. Ale dlaczego Pan dopuścił do tego, że teraz jest tak słaba i już gaśnie? Gdzie popełniła błąd? To pytanie dręczyło jej ducha.

Ananiasz urządził dla niej legowisko. Przygotował wszystko tak dobrze, jak tylko potrafił i obiecał, że wkrótce przyniesie jakieś jedzenie i wodę do picia. Chciał bowiem powrócić do Damaszku, aby sprowadzić pomoc.

»Ananiaszu, myśl o Pawle, a nie o mnie! Wkrótce nadejdzie moja godzina. Jego zadanie jednak jeszcze przed nim!«

Ananiasz skinął głową i położył dłoń na jej czole. Jej ciało rozluźniło się i wypełnił ją wielki spokój. Jaskinię zalało światło i nad chorą pochyliła się promienna twarz Bożego posła. Światło migotało w delikatnych promieniach. Te stawały się coraz wyraźniejsze, aż w końcu utworzyły stopnie, świetlistą drogę prowadzącą w górę na najwyższe, najjaśniejsze wyżyny.

Z góry dobiegały radosne głosy. Wokół Marii Magdaleny pojawiły się promienne, jasne twarze. Dobrzeje znała i lubiła, a jednak wydawały się jej tak dalekie i uświęcone.

Wokół niej znów powiało wonią białych kwiatów pomarańczownika, co obudziło w niej wspomnienia o dalekim, gorącym kraju, gdzie w błyszczącym piasku u jej nóg bawiło się dziecko. Ileż było w tym obrazie ziemskiego szczęścia! Były to wspomnienia przepięknego okresu młodości. Później kwiaty ze złotych gałęzi opadły i nurt na swoim srebrnozielonym grzbiecie zaniósł ją w złotej łodzi ku ziemi, na której leżała pięść ciemnej mocy. I znowu było z nią to jasne jak słońce dziecko.

Potem łagodnie zaszumiał pustynny wiatr. Stała przed bramami białozłotego miasta. Nad nim płonęło Światło jaśniejsze od światła słonecznego, a z niego spoglądała biała twarz.

»To ja, Is-ma-el, cię prowadzę!« rzekły usta.

I Maria Magdalena ujrzała błyszczący szereg białych komnat, kołyszące się na wietrze palmowe ogrody i złote sale. Przed nią otwierały się przepiękne jaskinie, w których przebywali ogarnięci błogością ludzie. Było to siedem uświęconych jaskiń, każda w innym kolorze, zawsze jednak widziała w nich owe godne podziwu postacie z promiennymi twarzami, które wyrażały wewnętrzną dojrzałość. Wśród nich była tylko jedna kobieta. Otulona w szatę, najpromienniejsza i najczystsza, wyglądała jak kwiat, który właśnie się rozwinął.*

W siódmej jaskini płonęło białe, oślepiające światło. W tym białym blasku widoczna była już tylko jedna postać — biało odziany mężczyzna z mieczem i błyszczącą bransoletą. Jego szatę zdobił obraz gołębicy, zaś z oczu biło złote światło. Wskazał ręką w górę i dźwięcznym, miękkim głosem rzekł: »Spotkamy się.«

Przed oczami Magdaleny błysnął świetlisty krąg i Promienny zniknął.

Maria Magdalena zapadła w długi, wzmacniający sen. Ananiasz odszedł, aby sprowadzić pomoc.

Jej przeznaczeniem było jednak zakończenie ziemskiej wędrówki w samotności, tak samo, jak kiedyś samotnie rozpoczęła poszukiwanie Mnie Pana.

Gorączka osłabła i bóle spowodowane złamanym żebrem zniknęły. Ponownie ujrzała obrazy. Jej duch połączył się ze Światłem. Teraz nie była już samotna. Spłynęły ku niej jasne kobiety i wzmacniały potrawą ducha.

Znowu płynęła ku niej siła czystości. Lecz owa siła nie docierała do niej bezpośrednio z jasnej Panny Irmingard jak wówczas, gdy Ja Jezus, Boże Światło, przebywałem jeszcze na Ziemi; tym razem Lilia płonąca białym światłem, płomienna i ukryta w łonie Świętego Graala, zsyłała tylko nurty światła. Spływały one przez wszystkie sfery na dół do ogrodów zamieszkiwanych przez czyste duchy, do błyszczących srebrnoniebieskim światłem jaskiń, w których ziemska matka Moja Jezusa czekała, aby móc rozpocząć swoje działanie. Jej świetlista postać zstąpiła na dół ku Marii Magdalenie.

»Ja jestem teraz z tobą tak, jak ty byłaś kiedyś ze mną,« rzekła.

»Przynoszę tobie ze źródła życia siłę czystości, do której tęskniłaś jako do tego, co najwyższe. Pomoże ci ona podczas wzlotu. Opuść świat beztrosko, ponieważ czekają na ciebie radości wyższych królestw!

Wszystko jest jednym jedynym lotem w kołobiegu Bożych form bytu. Wszystko jest zupełnie inne, o wiele piękniejsze, bogatsze i bardziej uświęcone, niż ludzie mniemają. Jak wielka i przekraczająca ludzkie pojmowanie jest w prastworzeniu hojność tego, co zostało stworzone, tak wielki wydaje się duchowi, wynurzającemu się z materii, najniższy stopień później stworzonych poziomów, zamieszkiwanych przez błogie ludzkie duchy wraz z innymi światłymi formami, których wcale jeszcze nie znacie i nie potraficie nawet nazwać.

Jak daleka jest droga do Boga, uświadomisz sobie dopiero wtedy, gdy wstąpisz do wieczności!«

Duch Marii Magdaleny wyzwolił się ze swojej ziemskiej otoczki i unosił się w górę na spotkanie Marii z Nazaretu. Ta spływała po ścieżce usianej różami. Lekko pochyliła swoją delikatną głowę, a jej białą szatę opromienił wieniec światła.

»Ujrzysz Jezusa,« rzekła, »oraz Tego, który dopiero przyjdzie. Jemu będziesz później służyła na Ziemi. Dopiero potem zamknie się krąg twojego wędrowania tak, jak ta śmierć zamyka krąg twego obecnego ziemskiego życia; duch bowiem wędruje długimi drogami.«

A potem jak gdyby jasna nić naprężyła się i zerwała.

Dusz Marii Magdaleny powoli unosił się wzwyż w coraz większą jasność, aż w blasku złotej bramy ujrzała Mnie Jezusa, jasnego Syna Bożego, tak, jak zjawiłem się jej po swojej ziemskiej śmierci. Porwały ją świetlne nurty i zaniosły na jasną wyspę, gdzie miała przebywać przez długi czas.

 

 

DOBRZMIAŁY

 

NIEZWYKŁE WIBRACJE WSZECHŚWIATA.

 

 

 

 

 

 

WIDZĄCY ODKŁADA PIÓRO,

 

DOPÓKI PONOWNIE NIE DOTRZE DO NIEGO WOŁANIE ZE ŚWIATŁA!.

 

 

 

*Maria Magdalena widziała przy Abd-ru-shinie Nahome, której ziemską matką kiedyś była jako Aloe.

GDY SZAWEŁ dotarł do Damaszku, chrześcijanie już go oczekiwali, albowiem uczeń Ananiasz odebrał ze Światła przekaz o jego przyjeździe.

marzec 13, 2009 at 9:21 pm | In Jezus Chrystus mój życiorys | Leave a Comment
Tags: , , , , ,

GDY SZAWEŁ dotarł do Damaszku, chrześcijanie już go oczekiwali, albowiem uczeń Ananiasz odebrał ze Światła przekaz o jego przyjeździe. Wiedzieli, że Szaweł jest wrogiem Moim i że faryzeusze oraz kapłani powierzyli jemu moc oraz wszystkie prawa na to, aby mógł chrześcijan więzić oraz skazywać. Dlatego wierzyli, że nadeszła ich ostatnia godzina i każdego wieczoru spotykali się w tajnym miejscu, w pewnym starym grobowcu i modlili się. Pewnego razu duch Ananiasza opuścił swoje ciało. Podźwignięto go do jasnego, promiennego Światła, w którego najwyższym i najjaśniejszym punkcie świecił Krzyż.

Z zalewających go fal światła dobiegało nieustannie jego imię. Jego ziemskie wargi sformowały głośno i wyraźnie słowa, które do niego stamtąd przenikały:

»Idź i pytaj o Szawła z Tarsu! Nie ukrywaj się, ale szukaj lwa w jego jaskini. Pan prostuje drogi, pamiętaj o tym i nie trać odwagi. Patrz, Szaweł się modli, albowiem widział cię w duchu, a Ja rzekłem jemu twoje imię. Szaweł jest Moim wybranym narzędziem mającym służyć nawracaniu ludzi na wiarę i chcę jemu pokazać, jak bardzo ma cierpieć z powodu Mojego imienia. Połóż na nim swoje dłonie, aby odzyskał wzrok, jego ziemskie oczy są bowiem nienaruszone. Oślepł tylko jego duch. Obudź go siłą Ducha Świętego!«

Ananiasz wstał i prowadzony duchem skierował od razu swoje kroki na ulicę, którą zwali »Równą«. W jednym z domów, który Światło Moje jemu wskazało, zapytał o Szawła i tam go odnalazł. Szaweł był ślepy i właśnie się modlił.

Szaweł słyszał zbliżające się kroki i zwrócił głowę w tym kierunku, skąd nadchodził stukot sandałów. Całkiem się zmienił. Z jego głowy, teraz lekko pochylonej, biło jasne światło. Po omacku szukał rękami miejsca, w którym stał Ananiasz i wydawało się, że z wdzięcznością przyjmuje fale miłości, albowiem przez jego cichą, cierpieniem napiętnowaną twarz przemknął błysk radości, gdy zapytał:

»Czy ty jesteś tym, którego Pan obiecał zesłać mi ku pomocy?«

»Tak, to ja, Ananiasz, uczeń Jezusa, i przychodzę do ciebie w Jego imieniu, byś odzyskał wzrok oraz aby napełnił cię Duch Święty,« odrzekł Ananiasz i położył jemu ręce na głowę i na oczy.

Szaweł padł na kolana, a z oczu oślepionych przez Światło spływały jemu po policzkach łzy. Czuł, jakby z jego ducha spadały liczne zasłony. Pełen siły wstał prosząc, aby wolno jemu było przebywać w kręgu uczniów Moich Jezusa. Przyjęli go i nauczali Słowa Mojego.

Rozpoczął się okres radosnej pracy, pracy, której Szaweł dotychczas jeszcze nie zaznał. W jego duchu świeciło Światło, a jego silne chcenie rozżarzyło i wzmocniło wielkie dary, które otrzymał.

Nie trwało długo a Szaweł, teraz już jako Paweł, zwiastował Słowo Moje i odpierał ataki faryzeuszy ich własną bronią. W szkołach Damaszku wybuchły gwałtowne spory, a nienawiść Żydów zwracała się teraz przede wszystkim przeciwko Pawłowi. Pawła jednak wypełniał duch i prawie niczego nie zauważał.

UPŁYNĘŁA NOC i pół następnego dnia.

marzec 5, 2009 at 10:42 am | In Jezus Chrystus mój życiorys | Leave a Comment
Tags: , , , , , , , ,

UPŁYNĘŁA NOC i pół następnego dnia. Po deszczowym poranku nastało mroczne i parne popołudnie. Szare chmury, przez które często prześwitywały jasne promyki słońca, wisiały nisko i wraz z odgłosami zanikającej burzy szybko odpływały w stronę ciągnących się na horyzoncie gór.

W celi małej warowni było tłoczno. Wielu jej już nie opuściło. Nie mogli oderwać się od miejsca swojego wielkiego duchowego przeżycia. Zdarzenie, którego byli świadkami i w którym główną rolę odegrała uwięziona kobieta, doprowadziło do tego, że po tej ciemnej, burzliwej nocy zabłysło w nich światło życia.

Z ufnością, jak dzieci, siedzieli u stóp chrześcijanki i słuchali opowiadań o jej życiu. A gdy tak zdziwieni słuchali, zaskoczeni, że życie człowieka może się tak szybko zmienić, sami byli już w większej części na dobrej drodze ku temu, aby stali się z nich inni ludzie. Jeszcze o tym wszakże nie wiedzieli.

Magdalena ze szczerą radością obserwowała, jak jej słowa zapuszczają w owych prostych ludziach korzenie. Tylko kilku z nich stało na uboczu z ironicznymi uśmieszkami spoglądając na innych.

»Nudne chwile podczas straży skracają sobie zabawami z szaloną chrześcijanką,« szeptali do siebie.

Przeżycie ostatniej nocy było i dla nich niepojęte, ale wkrótce znaleźli słowa, którymi zagłuszyli ostrzegający i nieprzyjemny dla nich głos swoich duchów. Zmógł ich sen lenistwa ducha.

Koło południa usłyszeli tętent końskich kopyt. Z wieży zabrzmiał sygnał. Wszyscy pośpieszyli na swoje stanowiska. W małym oddziale szybko zapanował poprzedni ład i porządek. Surowa dyscyplina była dla rzymskiego wojska typowa. Na podwórze wjechali jeźdźcy, którzy wczoraj Magdalenę przywieźli, a ich dowódca Lucjusz przekazał dowódcy warowni rozkazy od Szawła.

Od razu otwarto celę i Magdalena była wolna. Gdy żołnierze Szawła dowiedzieli się, co działo się w nocy, byli zdziwieni. Szeptem opowiadali o cudownej przemianie Szawła tuż przed dotarciem do Damaszku i o wielkim świetle, które im wszystkim się objawiło.

Rzymianie, którym Magdalena minionej nocy głosiła Prawdę, poznali, że jej słowa szybko się spełniły. Dlatego osiągnęli pełnię przekonania i ogarnęła ich płomienna euforia. Byli wzruszeni, pełni zachwytu i najchętniej wszyscy pojechaliby z Marią Magdaleną do Damaszku. Ale nie mogli opuścić warowni. Poprosili jednak Magdalenę, i ta pobłogosławiła ich i obdarzyła miłosierdziem chrztu. Obiecała, że z Damaszku przyśle do nich Mojego ucznia.

W TYM CZASIE Szaweł wraz ze swymi przyjaciółmi w otoczeniu rzymskich żołnierzy jechał dalej.

luty 25, 2009 at 8:00 pm | In Jezus Chrystus mój życiorys | Leave a Comment
Tags: , , , , ,

W TYM CZASIE Szaweł wraz ze swymi przyjaciółmi w otoczeniu rzymskich żołnierzy jechał dalej. Mały oddział, który pozostawił z chrześcijanką w warowni, miał udać się później za nimi. Nagle niebo pociemniało. Jeźdźców przytłoczył ogromny ciężar. Zmęczeni i zniechęceni w milczeniu jechali dalej.

Zachmurzony dowódca patrzył przed siebie i nie potrafił się zdecydować i przemówić do swych przewodników choć kilka słów. Napięcie zaczynało być widoczne i stawało się coraz większe i groźne. Mężczyzn powoli ogarniało poczucie strachu, ale nikt z nich nie chciał po sobie niczego dać znać. W swych wnętrzach bronili się przed siłą owego ciśnienia, którego nie pojmowali, a pomimo tego wyraźnie odczuwali.

Nad dowódcą oddziału zgromadziła się potężna siła promieniowania. Szaweł walczył jednak jak lew przeciwko przekonaniu swego ducha, który pragnął go obudzić.

Bał się momentu, którego nie można było uniknąć i chciał oddalić go jak najbardziej było to tylko możliwe. Opanował go gniew, ponieważ czuł się bezbronny, jak małe dziecko.

Zauważył, że ma nad nim władzę wyższa moc. Jego bystry intelekt badał, gdy zaczął się ów specyficzny stan i musiał przyznać, że miało to związek z uwięzieniem chrześcijanki.

W myślach nieustannie powracał do momentu, w którym ta kobieta powiedziała do niego kilka słów. Jego ducha wstrząsnęło to, że pomimo tego, iż słowa te były chłodne i zimne, biła z nich niesamowita wiara w jej Boga.

Zastanawiał się, jak to możliwe, że kilka prostych słów może mieć tak niesamowicie głęboki skutek. W chaosie swego ducha poruszał się po omacku jak ślepiec i szukał powiązań oraz logicznych argumentów. Niczego jednak nie znalazł. Dlatego stawał się coraz bardziej pobudliwy i rozdrażniony.

Byle szybko, jak najszybciej dotrzeć do Damaszku! Ta myśl opanowała go w końcu całkowicie.

Nagle zerwał się gwałtowny wiatr i zakotłował chmurami. Postać Szawła otoczyło olśniewająco białe światło, które jakby wylewało się z chmur rozrywanych przez straszliwy szkwał.

Konie stanęły, jak wryte, a niektóre padły na ziemię. Szaweł leżał twarzą ku ziemi. Nie mógł znieść nurtu Światła, który z promiennego Krzyża przenikał przez jego oczy aż do głębi ducha. Leżał na ziemi jak martwy. Usłyszał przy tym głos, który dobiegał do niego z niezmiernej dali i rozlegał się w jego duchu potężnym echem:

»Szawle, dlaczego prześladujesz Mnie i tych, którzy rozgłaszają Moje Słowo dla błogosławieństwa świata? Nie pomoże ci sprzeciwianie się mocy swego Boga, albowiem jesteś Mój!«

Ramionami Szawła wstrząsnął cichy szloch, jego ciało drgnęło, ale nie mógł wstać. W jego oczach jeszcze płonęło światło, było to niezmiernie bolesne. Pomimo to czuł w sobie błogą radość. Jakby zdjęto z niego brzemię i pozbawiono ograniczeń zarozumiałych wyobrażeń o wielkości człowieka. Chociaż nie potrafił jeszcze myśleć, ruszać się ani niczego chcieć, Słowo w nim ożyło i stało się rzeczywistością:

»Nie pomoże ci sprzeciwianie się mocy swego Boga.«

Czuł, że Bóg objawił jemu swoją siłę. Jeszcze oślepiało go Światło Bożej mocy.

Jego przewodnicy bali się. Wstali z wysiłkiem i chcieli jemu pomóc. Podnieśli go. Gdy stanął na nogach i powoli rozruszał mięśnie swego ciała zauważyli, że jego koń jest martwy. Odprowadzili Szawła na bok.

Obcym głosem, który dobiegał do nich jakby z wielkiej dali, oznajmił im, że potężny płomień odebrał mu wzrok i że muszą go prowadzić.

Potem opowiadał im, że przemawiał do niego Bóg. Bardzo się dziwili, ponieważ oni nie słyszeli niczego, chociaż widzieli wielkie Światło, które ich wszystkich obezwładniło.

»A teraz jedźmy dalej do Damaszku. Niech Lucjusz z kilkoma ludźmi wróci po chrześcijankę i przywiezie ją do Damaszku. Tam dowiecie się, co macie czynić.«

Potem żołnierze wsadzili go na konia i towarzyszyli jemu otaczając opieką i szacunkiem.

NA SZEROKIEJ drodze, prowadzącej z Jerozolimy do Damaszku Maria Magdalena zauważyła w dali unoszącą się chmurę pyłu.

luty 24, 2009 at 11:54 pm | In Jezus Chrystus mój życiorys | Leave a Comment
Tags: , , , ,

NA SZEROKIEJ drodze, prowadzącej z Jerozolimy do Damaszku Maria Magdalena zauważyła w dali unoszącą się chmurę pyłu. W promieniach słońca błyszczały lśniące zbroje rzymskich żołnierzy. Coś zmuszało ją, aby wyszła im naprzeciw.

Serce pątniczki zwierało złe przeczucie. Zbliżała się po wąskiej polnej dróżce i musiała przejść przez główny trakt. Najchętniej by zaczekała, ukryła się lub weszła do jakiegoś małego domku, ale nie miała takiej możliwości. Gdzie oko sięgało, rozciągały się słońcem zalane pastwiska usiane kępkami niskiej trawy. Nigdzie nie było widać jakiegoś krzaka, pagórka czy zagajnika, w którym mogłaby się ukryć.

Maria Magdalena się nie bała. Szła dalej i zbliżała się do konnego oddziału żołnierzy. Już słyszała stukanie końskich kopyt. Odruchowo okryła głowę chustą, jakby się bała, że złoty blask jej włosów mógłby na nią zwrócić uwagę jeźdźców. Kostur, który trzymała w dłoni, lekko drżał. Nagle Magdalena wyraźnie usłyszała słowa:

»Mario Magdaleno, posłuchaj: co nadejdzie, musi się stać! Nie bój się, chcę za twoim pośrednictwem obudzić człowieka, który ma być pochodnią dla szukających. Twoja droga jest przygotowana. Nawet gdyby szorstkie kamienie do krwi ocierały ci nogi, kładź stopy na ich najostrzejsze krawędzie i nie zbaczaj. Pamiętaj, że należysz do Mnie. Ty sama nie masz do siebie żadnych praw!«

Jej wysoka postać się wyprostowała. Długimi, mocnymi krokami podążała naprzeciw swemu losowi. Mężczyzna jadący na czele rzymskiego oddziału zauważył ją. Był to faryzeusz, ale nosił zbroję i w dodatku miał wygląd artysty. Był wysokiego wzrostu, mocno zbudowany, miał płonące, dzikie oczy, na koniu siedział jednak szlachetnie i dumnie. Pozdrawiając podniósł dłoń.

»To rzadka okazja, aby spotkać w takim miejscu samotną kobietę. Wydaje mi się, że mogłabyś zabłądzić, piękna chrześcijanko. Pod naszą opieką poczujesz się lepiej.«

Zabrzmiało to uprzejmie, ale w tle wyraźnie słychać było ironiczny ton. Kiedyś Maria Magdalena zapłonęłaby gniewem.

»Nie wszystkim kobietom potrzebna jest ochrona mężczyzny, zwłaszcza gdy są już w podeszłym wieku i samodzielne. Moja ochrona i świta jest większa i potężniejsza od wojsk cesarza. Zejdź mi z drogi, Rzymianinie i pozwól przejść w spokoju.«

Na twarzy jeźdźca pojawiły się rumieńce gniewu. Jego urażona pycha nie chciała się ugiąć przed chłodną i spokojną obroną chrześcijanki. Ta kobieta wyraźnie go drażniła. Nie wiedział dlaczego, ale gdy wyczuwał cichą siłę towarzyszącą chrześcijanom, jego gwałtownego ducha zawsze zaczynała ogarniać niepohamowana wściekłość. Czyż nie wyglądało to tak, jak gdyby stali w aureoli Światła, przez którą nie może przeniknąć ani świecka moc, ani nienawiść, zawiść czy kpiny?

Jakże często czuł, że przegrywa, gdy podczas gorliwego forsowania swojej wiary opanowała go wściekłość! I właśnie owo poczucie bezsilności połączone ze świecką władzą, którą dał jemu do ręki Rzym, doprowadzało do tego, że często dopuszczał się gwałtu wobec odważnych wyznawców znienawidzonego Mnie Jezusa, nazywali Mnie żydowskim królem, Synem Bożym, zmartwychwstałym.

Wszelka uczoność faryzeusza, wszelka jego znajomość prawa, wszelka wiedza Rzymianina, który kiedyś był filozofem, to wszystko buntowało się przeciwko skromnej wielkości prostych rybaków, którzy nazywali siebie apostołami, opowiadali bajki i oszczędzając słowa, cicho oraz skromnie działali tam, gdzie wszyscy inni byli bezsilni.

Już kilka miesięcy we wnętrzu Szawła gorzał spór, dręczył go uporczywy dylemat i czym dłużej trwał, tym większe cierpienia spadały na uczniów Moich Jezusa i ich zwolenników, ponieważ jego nienawiść i determinacja narastały z dnia na dzień.

Przed oczyma jego ducha jawili się wszakże dręczeni chrześcijanie większymi, czystszymi i prostszymi tym wyraźniej, im bardziej i częściej się wściekał. Jego bystry rozum uświadamiał sobie, że takie postępowanie tylko go ośmiesza, pomniejsza moc żydostwa i władzę Rzymu, i jeszcze bardziej podkreśla zarozumialstwo faryzeuszy.

Szaweł cierpiał. Cierpiał niezmiernie i męczył się, dopóki nie osiągnął poznania mówiącego jemu, że moc rozumu, poważania i pieniędzy nie posiada w porównaniu z wypełniającą znienawidzonych chrześcijan mocą ducha żadnych wartości! Gdy czuł, jak w nim owo poznanie narasta i rzuca na jego wnętrze cień, tłumił je rozpaczliwym zarozumialstwem i pychą cechującą Rzym oraz faryzeuszy.

Teraz, akurat gdy zmierzał do Damaszku, aby zadać mocny cios chrześcijanom, stanęła na jego drodze kobieta. Jej zachowanie cechowała kobieca godność i siła mężczyzny, hardość i pewność tego, kto ma przewagę. Wypowiedziała tylko kilka nic nieznaczących słów, lecz te spadły na upartego Szawła jak ciosy pałką zadawane przez jakiegoś olbrzyma.

Wskazał na nią ręką mówiąc: »Brać ją! Będzie nam towarzyszyła aż do Damaszku! Zadbajcie o to, aby tej krnąbrnej kobiecie włos nie spadł z głowy, dopóki nie dołączy do swych braci, którzy czekają na wyrok naszego sądu.«

Żołnierze milcząc posłusznie otoczyli Marię i wytworzyli wokół niej kordon nie do przebycia. Szaweł razem z kilkoma przewodnikami jechał na przedzie, Magdalenę zaś posadzili na koniu. Musiała pojechać z nimi.

Czuła wielki strach. Jej wnętrze pozostawało jednak spokojne, a w sercu wypełnionym wiarą powoli budziła się modlitwa, która utworzyła jasną drogę i w pokornej ufności ściągnęła na Rzymianina Szawła promienne nurty.

Oddział wjechał galopem na bardziej urodzajne tereny i według tego poznali, że są w okolicach Damaszku. Zapadł ciepły i wilgotny wieczór, który szybko przeszedł w chłodną noc.

Niebo pokryły chmury i rozpoczęły się pierwsze tego roku zimowe mżawki. Taka pogoda stanowiła przykry kontrast ze słonecznymi godzinami południowymi. Wszyscy już się cieszyli, że za chwilę dotrą do miejsca noclegu. Siedzieli na koniach trzęsąc się z chłodu i zaczynali odczuwać pierwsze oznaki zmęczenia. Tylko Szaweł nie zwracał uwagi na trudy podróżowania. Jego wola była niezłomna. Niepowstrzymanie popędzała go naprzód.

Był to prawdziwy Hebrajczyk. Z wytrwałością i niezłomną, żelazną wolą podążał ku celowi, jaki sobie raz ustanowił. Z zawziętością i pewnością siebie zyskiwał bogatą wiedzę, w jego wnętrzu płonął potężny płomień: prawdziwa tęsknota do Boga.

Pozornie zadowalała go jeszcze uczoność faryzeuszy, z których szkół się wywodził; jeszcze się wygrzewał w mądrości greckich nauk, które kiedyś studiował. Posiadał rozwinięty rozum, który wszystko, czemu zaczął się poświęcać, musiał zawsze dokładnie zbadać. Jego duch przy tym przejawiał się głęboką pobożnością.

Swoje wychowanie i ogładę towarzyską zawdzięczał rzymskim wpływom, które swym pragnieniem wykształcenia i poznawania były bardzo bliskie jego ducha. To dlatego przyjaciele nazywali go »Szawłem Rzymianinem«, Żydzi z lekkim odcieniem ironii i goryczy, reszta jednak z szacunkiem.

Lubiano go, lecz także się obawiano, ponieważ był surowy i nieubłaganie sprawiedliwy. Jego mowa była prawdziwa i prosta, ale zawsze rzeczowa. Jeżeli już komukolwiek coś zarzucał, to słowa jego były jak noże i raniły zawsze w najbardziej bolesnym miejscu. Nieomylnie poznawał wszystko dobre, prawe, czyste, a nienawidził obłudy i lizusostwa. Z tych powodów żołnierze kochali go jak swego ojca. Za to słabeusze i ludzie o nieczystych zamiarach śmiertelnie go nienawidzili i starali się szkalować go, gdzie tylko się dało.

Pewnie trafiał w bolesne miejsca i wprowadzał w ruch wszelkie zło; nigdzie nie tolerował ukrytych brudów. Z uporem starał się wykorzenić wszystko, co wywoływało zamęt, powodowało niepokój i co uważał za niewłaściwe.

Z owym uporem i mniemaniem, że wszystko wie i umie najlepiej, rzucił się w wir walki z chrześcijanami. Teraz płonęło w nim fanatyczne pragnienie zniszczenia ich za wszelką cenę. Zdecydował się zadać im w Damaszku druzgocący cios i śpieszył tam popędzany swą niecierpliwością.

Ale na skrzyżowaniu spotkał nagle tę kobietę. Co ona wtedy powiedziała? »Moja ochrona i świta jest większa i potężniejsza od wojsk cesarza!«

Od chwili, gdy wypowiedziała te słowa, czuł przed nią respekt i szacunek. Skąd miała tę siłę, spokój i moc, które tak niechętnie uznawał, lecz które pomimo tego bardzo wyraźnie wyczuwał? Od swego Boga?

Jeszcze nigdy nie był Szaweł tak roztargniony, skołowany i milczący. Z nikim nie rozmawiał. Przewodnicy także w milczeniu jechali obok niego. Koń Szawła zaczął być niespokojny. Chyba wyczuwał niepokój i napięcie jeźdźca. Maria Magdalena była wszakże spokojna, jej ducha nie przytłaczała żadna troska. Widziała przed sobą jasny płomień, który ją prowadził i wiedziała, że nie jest sama.

Nad głową Szawła koncentrowała się jednak siła, która podobna była do ognistego miecza. Maria Magdalena widziała, że ten człowiek ocknął się na takim samym zakręcie swego losu, na jakim była kiedyś ona sama, gdy usłyszała głos Jana. Chętnie by jemu powiedziała coś i pomogła, gdyby miała ku temu okazję. Była wszakże jego jeńcem i zdawało się, że wcale na nią nie zwraca uwagi.

Gdy zapadła noc, dotarli do małej warowni, stojącej tuż obok drogi. Tam się zatrzymali. Padły krótkie, zwięzłe rozkazy. Kilku Rzymian otrzymało z rąk dowódcy zapieczętowane listy. Mężczyźni szybko i po cichu wymienili ze sobą kilka słów. Potem jeźdźcy z Szawłem na czele pojechali dalej.

Część kawalkady wjechała z Marią Magdaleną na podwórze małej warowni. Magdalena zaczęła się niepokoić, ale pomimo to jej duch pozostał spokojny.

Szaweł pozostawił Magdalenę Rzymianom, aby jej pilnowali. Nie chciał tej kobiety brać ze sobą do Damaszku.

Na ciemnym podwórzu płonęło na ścianach kilka pochodni. Róg placu tworzyła potężna wieża, która prawdopodobnie przeznaczona była dla żołnierzy pełniących straż.

Zaprowadzili tam Marię Magdalenę i dobrze zamknęli w małej celi. Gdy usłyszała łomot i zgrzyt na kilka spustów zamykanych drzwi, jej serce ścisnęła lodowata dłoń. Ducha jednak pozostał w spokoju.

Usiadła na małej ławce i zaczęła się modlić. Jej oczy się przymknęły, duch opuścił ciało i wędrował po warowni. Wyglądało to tak, jak gdyby przed jej wolą otwierały się drzwi.

Jej duch przenikał przez mocne ściany do poszczególnych pomieszczeń. Były kwadratowe, zimne i puste, wyposażone tylko w to, co było konieczne. Od czasu do czasu nocowały w nich oddziały, które zmieniały wartę. Niektóre z nich przekształcono w stajnie, inne wykorzystywano jako pomieszczenia gospodarcze.

Wszystko zapadło w głęboki sen. Tylko kilku strażników wędrowało z miejsca na miejsce pobrzękując zbroją. Konie we śnie cicho rżały. Dookoła latały nietoperze i ćmy. Noc była ciemna.

Drobna mżawka dostała się wszędzie i wszystko skropiła, wygładziła i wyczyściła. W kałużach odbijały się płonące pochodnie. Nad wieżą cicho jęczał i narzekał wiatr i wpychał się do skrzypiącej z niezadowolenia drewnianej szopy w rogu podwórza. Jakby ostrzegając jednostajnie kołatał wrotami głównej bramy.

Straże, chociaż senne i lekko otumanione winem, podniosły głowy i sięgnęły po broń. Miecze błysnęły w ciemności, nagle jednak z łoskotem spadły na ziemię. Z zachrypniętych gardeł wydostał się zduszony okrzyk. Oślepieni mężczyźni przysłonili sobie oczy. Ich zmęczenie nagle zniknęło.

»Patrzcie, szybko, kobieta, która tam idzie, jest tą uwięzioną chrześcijanką! Jak to możliwe, że wydostała się z celi?«

Tak wołał szorstkim głosem dowódca straży, wstydząc się i martwiąc tym, że kobieta była sprytniejsza od niego. Żołnierze stali jak sparaliżowani. Bez ruchu patrzyli na sam środek podwórza, gdzie w kręgu światła stała Maria Magdalena.

»Złapać ją i związać! Nie może nam uciec! Szaweł powróci i będzie chciał z nią rozmawiać. Tak brzmiał jego rozkaz. Pochwyćcie ją, a gdyby zaszła taka konieczność, nawet zabijcie. Lepsze to niż jej ucieczka.«

Trzej wystraszeni mężczyźni rzucili się na bezbronną kobietę. Ale co to? Wyciągali dłonie chcąc złapać za szatę, ale ich ręce łapały tylko pustkę!

Pomimo tego stała tuż przed nimi. Cofnęła się tylko o krok i zaczęła do nich mówić. Wszyscy usłyszeli jej głos:

»Czego się boicie? A może myślicie, że chcę przed wami uciec? Jestem przecież otoczona tymi murami. O swych obowiązkach nie zapomnieliście. Ale patrzcie i uwierzcie: mój Pan, Jezus Chrystus, jest ze mną! On nie dopuści do tego, aby któremukolwiek z jego dzieci przedwcześnie spadł włos z głowy; a ja mam w Jego imieniu jeszcze coś do wykonania.

Dlatego nie bójcie się, nie ucieknę wam. Chcę tylko poświadczyć wam moc naszego Boga, który wyzwala jeńców według swojej Woli i swego prawa, i który pomaga, gdy o to z wiarą w Niego prosimy!

Chodźcie za mną do mojej celi i zwiążcie mnie, albowiem mówię wam w Jego imieniu: Już wkrótce Maria Magdalena będzie wolna. Szaweł zmieni swoje poglądy, jeszcze zanim dotrze do Damaszku. Wy wszakże przyjmijcie to jako znak mocy Chrystusa!«

Żołnierze stali jak zaczarowani. Czegoś podobnego w życiu nie widzieli. Jeszcze nigdy nie stało się, aby jakiś jeniec zesłał na nich taki spokój i wewnętrzną siłę. Jeszcze nigdy nie widzieli, by człowiek tak promieniał. Nie rozumieli niczego i byli całkiem bezradni. Zaczęli się bać boga chrześcijan i w napięciu czekali, jak to wszystko się skończy. Dlatego w bezpiecznej odległości, z obawami, lecz także w ciekawości, poszli za kobietą, która szła przed nimi.

Zabrzmiał dźwięk rogu i za chwilę zbiegło się wielu żołnierzy. Chcieli otworzyć celę i stanęli jak wryci. Drzwi były bowiem mocno zamknięte i nietknięte.

Maria Magdalena stała w samym środku małego pomieszczenia, jej ziemskie ciało tych murów nie opuściło. Jej twarz otaczała aureola. Żołnierze z ciekawością tłoczyli się wokół niej i słuchali słów, które nurtem płynęły z jej ust. Opowiadała żołnierzom o Mnie Jezusie. Mówiła o Moim życiu, o Moich naukach i o Mojej ziemskiej śmierci. Potem napomknęła o zmartwychwstaniu Mojej Bożej części i o połączeniu tej części z Ojcem. Mówiła o sile Ducha Świętego, w której Moi uczniowie mogą teraz działać i o mocy Mojej Woli, którą żołnierze właśnie teraz na własnej skórze przeżyli. Jeden z nich wysunął się o krok do przodu, uklęknął i zapytał:

»Czy to możliwe, abyśmy także przyjęli siłę i błogosławieństwo twego Chrystusa? Wierzę bowiem, że On jest żywym Bogiem.«

Maria Magdalena położyła dłoń na jego pochylonej głowie i pobłogosławiła go. Żołnierz poczuł siłę Światła i opowiedział o tym swym przyjaciołom.

Nadchodził dzień i pojawiły się pierwsze promyki słońca. Maria Magdalena pozostała w swojej celi i czekała na wiadomość od Szawła. Wiedziała już, że Ja Pan go oświeciłem.

TO BYŁA wieść, którą Maria Magdalena przyjęła duchem za pośrednictwem Marii, Mojej ziemskiej matki Jezusa.

luty 21, 2009 at 12:56 pm | In Jezus Chrystus mój życiorys | Leave a Comment
Tags: , , , , , , , , ,

TO BYŁA wieść, którą Maria Magdalena przyjęła duchem za pośrednictwem Marii, Mojej ziemskiej matki Jezusa. Potem nurt dalszych wydarzeń wprowadził ją dalej w świat tak, jak jej zwiastowano.

Wędrowała samotna brodząc w głębokim kurzu wąskich dróg, w oślepiających promieniach słonecznych, tak, jak czyniła to już częstokroć przedtem.

Unikała szerokich rzymskich traktów i dróg, na których spotykałaby wielu ludzi. Wyruszała zawsze wcześnie rano, a mając ku temu okazję, odpoczywała, gdy słońce stało w zenicie. Nauczyła się skromności, nie nosiła ze sobą zbędnych rzeczy i nocowała wśród ludzi, którzy chętnie ją u siebie przyjmowali.

Magdalena od wszystkiego się wyzwoliła i była wolna. Nie przeszkadzało jej nic, co związane było z ziemią. Już dawno zapomniała o czasach, gdy jeszcze troszczyła się o majątek. W jej duchu żyły już tylko wola służenia Światłu, miłość i wzniosłe zadanie krzewienia Jego Słowa.

Widziała przed sobą jasny promień i pełna ufności podążała za nim, ponieważ dobrze pamiętała, co jej powiedziano:

»Podążaj za duchem i nie troszcz się, gdzie wieczorem spocznie twoja głowa!«

Pozwoliła się prowadzić owemu promieniowi jak dziecko, które powierzy swoje ciało pod opiekę ojcu. Pomimo tego w ziemskich warunkach została czujna i aktywna. Było to konieczne, albowiem niebezpieczeństw i zagrożeń nieustannie przybywało.

Uczniów Moich Jezusa, krzewiących Moją naukę Syna Bożego w okolicznych krajach, szybko przybywało. Chrzcili siłą Ducha Świętego i spełniali wiele dobrych uczynków, które ludzi przekonywały o mocy i sile ich Boga. Z narastającą liczbą wierzących, narastała do nich także nienawiść Żydów. W szkołach i świątyniach, w których uczniowie krzewili wśród uważnie słuchających ludzi Słowo Moje Pana i opowiadali o życiu Moim Jezusa, kładli podstępne pytania i różnymi fałszywymi oskarżeniami nastawiali pułapki zwątpienia. Zaczynali jednak także podburzać lud twierdząc, że zamieszki powodowali zwolennicy Moi Jezusa, których nazywali chrześcijanami. Świadomie rozsiewali wśród ludzi zwątpienie oraz niewiarę i pełni nienawiści podjudzali wszędzie, gdzie tylko mogli.

Już kilku uczniów stało się ofiarą motłochu, a Szczepana ukamienował rozwścieczony tłum. Ciemności przytłaczająco i groźnie wpływały na duchy i pobudzały ludzi tego samego rodzaju do ciemnych czynów.

Gdy Maria Magdalena przychodziła do małych wiosek lub na targowiska, od razu poznawała po ciśnieniu, które tam panowało czy ma tego miejsca unikać, czy też może się tam bezpiecznie zatrzymać. Często zawracała, i chociaż była bardzo zmęczona, taką osadę obchodziła z daleka.

ZA KILKA tygodni mogła Maria Magdalena jeszcze raz duchowo ujrzeć Marię stąpającą na wyżyny.

luty 16, 2009 at 12:47 am | In Uncategorized | Leave a Comment
Tags: , , , , , ,

ZA KILKA tygodni mogła Maria Magdalena jeszcze raz duchowo ujrzeć Marię stąpającą na wyżyny. Wyglądała jeszcze jaśniej i promienniej. Z białego nimbu, otaczającego głowę, spływały subtelne złote promienie szerząc dookoła przyjemny, chłodny powiew. Maria rzekła:

»Moja tęsknota i gorące pragnienie służenia wyniosły mnie wzwyż. Wierna, surowa miłość Jana bardzo mi pomogła.

Brama królestwa pokoju otworzyła się równocześnie z brzmieniem. Podążałam wzwyż po kryształowo czystym, złotym nurcie promieniowania, które zsyłała Lilia.

Poznałam, że ziemskie cierpienie miało dopomóc temu, abym dojrzała, albowiem przebywanie w pobliżu Zbawiciela było moim przeznaczeniem. Zadanie to spełniałam tylko w pierwszym etapie Jego młodości, później już nie. Nie zrzekłam się siebie samej i wszystkiego, co stare. Pomimo to, gdy cierpienie ponownie otworzyło moje wnętrze na Światło, pozwolono mi stąpać wzwyż. Pozostało już niewiele tego, z czego muszę się wyzwolić.

Pokazano mi jednak także obraz przyszłości: przeszkodą w dalszym wzlocie mogłoby dla mnie być niewłaściwe postępowanie ludzkich duchów, którzy czcząc mnie przyciągaliby mnie do siebie.

Jestem już jednak przed owymi złymi skutkami ochraniana. W złotym świetle rozkwita lilia i róża. Widzę, jak daleko, na najwyższych wyżynach, lśnią wieże złotego zamku. Praduchowi okryli mnie płaszczem ochronnym. Tak stoję poza wszelkimi wpływami i czekam, aż nadejdzie ostatnia godzina mojego wyzwalania. Albowiem ze Światła oznajmiono mi:

»Marii z Nazaretu wolno poprzez służbę wyzwolić się po raz drugi.««

MARIA mieszkała w domu Jana nad Jeziorem Genezaret.

luty 5, 2009 at 7:34 pm | In Jezus Chrystus mój życiorys | Leave a Comment
Tags: , , , , , , ,

MARIA mieszkała w domu Jana nad Jeziorem Genezaret. Zmieniła się prawie nie do poznania. Wszystko stare odpadło od niej od tej pory, gdy napełniła ją siła Ducha Świętego, gdy osiągnęła poznanie, gdy uzyskała wiarę i otworzyła się przed Światłem.

Utrapione, ostre rysy wygładziły się i twarz promieniała. Jej istota pełna była miłości i pokoju. Energicznie i gorliwie poruszała się po domu umiejętnie kierując jego mieszkańcami i czeladzią.

Ciągle śpieszyła się, aby dogonić to, co z własnej woli zaniedbała. Z wielką radością przyczyniała się do tego, by odpokutować swoją winę. Prowadził ją światły, wywodzący się z wysokich poziomów przewodnik, który nieustannie napełniał ją siłą i radością. To okrywało jej twarz nieziemskim blaskiem.

Jana niezmiernie to cieszyło. Obawiał się jednak, że jej wątłe ciało jest już zbyt osłabione wieloma cierpieniami ducha i że Maria już długo wśród nich nie będzie przebywała.

Była jak czyste światło, które płonie coraz bardziej i samo siebie przez to spala. Prosiła jednak: »Ojcze na niebiosach, użycz mi jeszcze czasu bym mogła służyć! Nie odbieraj mi jeszcze tego życia!«

Jej ziemskie ciało przestawało jednak nadążać. – Taką zobaczyła ją Maria Magdalena i zgodziła się z Janem, że dni Marii matki wkrótce dobiegną końca.

Gdy Maria Magdalena ją ujrzała, była wokół niej poświata, która nie pochodziła z tej ziemi. Wysłane przez Czystość różowe promienie otaczały ją świetlistym kręgiem. Dookoła unosiły się delikatne obłoczki zapachu lilii. Był tak wyraźny, że Maria podniosła głowę z miękkich poduszek i głęboko oddychając spojrzała w kierunku, skąd nadeszły. Po twarzy przeleciał jej przy tym delikatny uśmiech.

Wszystkim zależało na tym, aby jej ostatnie dni na ziemi były piękne i niczym niezmącone. Otaczano ją miłością. W jej pokoju było obecne coś, co innym w naturalny sposób nakazywało zbliżać się do niej w ciszy i spokoju.

Ducha ziemskiej matki Mojej Jezusa uwolniono od ziemskiego ciała delikatnie i z miłością.

Powoli, stopień za stopniem, schodziły na dół postacie wspomagających ją duchów. Ich promienie przygotowywały jej ziemskie otoczenie i czyniły jej otoczkę coraz bardziej subtelną.

Maria Magdalena pozostała przy łóżku Marii. Od dnia wylania siły nie była jeszcze otoczona tak jasnymi nurtami Światła. O ile wtedy wydarzenie to uderzyło w ich duchy z siłą huraganu, to teraz umieranie Marii matki było jak delikatne tchnienie wiosny. Swym błogosławieństwem ogarnęło także Marię Magdalenę.

W jasnej izbie paliły się świece i promienie ich ruchliwych płomyków tańczyły nad promieniowaniem odchodzącego ducha.

Było to na kilka godzin przed śmiercią Marii. Z góry spłynęła świetlista postać i wyciągnęła do niej ręce. Pochyliła się nad Marią, aby pomóc jej wstać.

Słychać było głosy pełne euforii i blasku.

Na twarzy Marii pojawił się uśmiech. Jej oczy nabyły takiego wyrazu, jak gdyby z zachwytem spoglądały w jasny świat ducha. Przed nią podążała siła Irmingard. To na jej promieniach duch Marii unosił się wzwyż na niwy wiecznego spokoju szukając w nich królestwa Mojego, Syna Bożego.

Jej oczy przykrył cień – znieruchomiały.

W izbie nie odezwał się żaden odgłos narzekania czy płaczu. Wzwyż zmierzały tylko gorące prośby i dziękczynienia towarzysząc wyzwolonemu duchowi ziemskiej matki Mojej Jezusa.

SZYBKIM krokiem przeszła ogród i bramę, które jeszcze drzemały w ciemności.

styczeń 31, 2009 at 3:07 pm | In Jezus Chrystus mój życiorys | Leave a Comment
Tags: , , , , , , , , , , , , ,

SZYBKIM krokiem przeszła ogród i bramę, które jeszcze drzemały w ciemności. Wybierała ciche uliczki, ponieważ na szerokich ulicach panował już nawet wczesnym rankiem wielki ruch. Odzywały się przenikliwe głosy ludzi sprzeczających się o ceny, można była rozróżnić kilka języków i dialektów. Poganiacze osłów krzyczeli, zaś wielbłądy przechodzące przez bramy wydawały specyficzne gardłowe porykiwania.

Maria Magdalena odetchnęła głęboko, gdy dotarła na górską ścieżkę, po której kiedyś w niesamowicie trudnych dniach tak często chodziła na Mój ziemski grób Pana. Tam pochowali Moje ziemskie ciało – ale w okresie, gdy zjawiło się jej Moje świetliste ciało, ziemską otoczkę już przeniesiono w inne miejsce.

Nagle Marię Magdalenę opanowało pragnienie odnalezienia miejsca, w którym ciało ziemskie Moje Pana rzeczywiście ukryto. Dlatego szybko podążała wąską ścieżką i wkrótce stała przed grobem.

Bardzo się zmienił. To nie był już Mój ziemski grób Pana.

Maria Magdalena wiedziała, że mogłoby tu powstać miejsce kultu, na którym usiłowano by zarabiać. Nagle pojęła, dlaczego Wolą Mojego Ojca było, aby cielesna otoczka, która ochraniała Mnie Jego Syna podczas życia ziemskiego, nie wpadła w ręce późniejszych pokoleń.

To, że odniesiono Moje ziemskie ciało Jezusa, wydawało jej się wtedy niepojęte, straszne i nie znajdywała na to wytłumaczenia. Obecnie cieszyła się i odczuwała ówczesny czyn jako jedyny właściwy i przez Boga chciany. Wypełniała ją radość.

W tym miejscu już nie potrafiła się modlić. Poszła dalej i na gęstym porośniętym zboczu skręciła w lewo po wąskiej, świeżo wydeptanej ścieżce.

Otoczyła ją szarozielona gęstwina. Długie pnącza krzaków splatały się nad jej głową tak nisko, że musiała się zgiąć. W ten sposób mniej więcej w połowie wysokości zbocza góry dotarła do grupy skał i stanęła przed jaskinią, nad której prawym, zaokrąglonym wejściem, widniały wykute trzy krzyże.

Weszła do jaskini i miała uczucie, że służy ona pasterzom jako schronienie w razie złej pogody. Po prawej stronie pojawiła się głęboka i bardzo wąska skalna szczelina, przez którą można się było jednak przecisnąć.

Ze świadomym uporem, który zadziwił nawet ją samą, Maria Magdalena przepchnęła się przez ciasny otwór i znalazła to, czego szukała: przed sobą zobaczyła wąski, niski korytarz.

Jak w zwierciadle ujrzała postacie Józefa z Arymatei oraz Jana, które przed nią niosły otoczone w płótna ziemskie ciało Moje Pana.

Maria Magdalena wiedziała, że jasne, kolorowe i jakby żywe obrazy, które przed nią się rozwijają, mają pomóc jej znaleźć miejsce pochówku otoczki cielesnej Mojej Syna Bożego. Ogarnął ją uświęcony i pełen czci lęk, znowu pojawił się ból, który w dniu śmierci ziemskiej Mojej Pana kaleczył jej ducha. Czuła się tak, jakby rzeczywiście krok za krokiem, zgięta, w ciszy, z obu wiernymi posuwała się ciemnym wąskim korytarzem, aby zgodnie z nakazem Światła ukryć i uratować ukochane ziemskie ciało Moje Pana.

Przeżyła chwilę, w której wąski korytarz rozszerzył się i mężczyźni weszli do małej jaskini. Położyli ziemskie ciało Moje Jezusa na kamiennej półce, zgodnie z tradycją pokryli wonnymi maściami i zawinęli w białe płótna. Przez małą szczelinę w skale można było z jaskini ujrzeć rozległą szarozieloną, otuloną w mgliste opary, krainę, która jeszcze drzemała w półmroku wczesnego poranka.

Tę szczelinę Józef z Arymatei własnymi rękami zakrył wielkim kamieniem, który akurat tam pasował. Potem pieczołowicie wypełnili wszystkie pozostałe prześwity mieszaniną ziemi i rosnących tam pnączy. W ten sposób wytworzyli spójną, nieprzeniknioną ścianę.

W grobowcu, w którym obaj Moi uczniowie Pana przez dwie noce potajemnie pracowali, spoczywało ziemskie ciało Moje Pana. Wokół jego głowy unosiło się białe światło.

Gdy do Marii Magdaleny powróciła świadomość, stała zgięta na końcu małego korytarzyka tuląc twarz do wilgotnej zimnej skalnej ściany. Ściana była szorstka, pokryta warstwą gliny i trochę wilgotna. Magdalena dalej pójść już nie mogła. Uświadomiła sobie, że jest to wejście do jaskini, w której uczniowie pogrzebali Moje Pana ziemskie ciało.

Obok niej zapłonęło białe światło, to samo światło, które w nocy nakazało jej, aby poszła do grobu. Wydawało jej się, że jego promienie przenikają przez stojącą przed nią grubą ścianę.

Zobaczyła białą, wklęsłą warstwę płócien okrywających ziemskie ciało Moje Pana i ujrzała jego czaszkę. Miała zadziwiająco szlachetne kształty — zwłaszcza czoło oraz harmonijnie sklepione ciemię.

W olśniewająco białym szeregu zębów górnej szczęki brakowało jednego z kłów. To małe ciemne miejsce wryło się głęboko w jej pamięć jako szczególny znak.

Światło zniknęło tak szybko, jak się pokazało. Tak samo szybko zniknął obraz, który jej pokazano. Wydawało się, że był to obraz przyszłości.

Maria Magdalena nie mogła iść dalej. Dlatego zawróciła i pogrążona w cichej, gorącej modlitwie podążyła z powrotem tą samą drogą, którą przyszła.

Teraz szukała najkrótszej ścieżki, po której mogłaby dotrzeć do miejsca pobytu Marii matki.

OBDARZONY ŁASKĄ LUDZKI DUCH wyruszył w drogę powrotną do materii modląc się i dziękując podczas opadania.

styczeń 22, 2009 at 8:35 pm | In Jezus Chrystus mój życiorys | Leave a Comment
Tags: , , ,

OBDARZONY ŁASKĄ LUDZKI DUCH wyruszył w drogę powrotną do materii modląc się i dziękując podczas opadania. Niczym sen pozostało w nim wspomnienie.

To przytrafiło się Marii Magdalenie. —

Gdy znowu obudziła się na Ziemi, nie mogła się najpierw nawet poruszyć. W owych dniach Maria i Marta otaczały ją troskliwą opieką. Bethsabe nie ruszyła się nawet na krok od łóżka swej pani, która leżała na poduszkach jakby martwa. Nie pojmowała, co stało się z Marią Magdaleną, ale inne kobiety radziły jej dodając siły i spokoju.

Wkrótce jednak w Marii Magdalenie ponownie obudziła się wola i mogła podnieść się z łóżka. Przenikało ją poczucie wielkiej siły. Chciała ją czym prędzej wykorzystać.

Jej duch gnał ją ku biednym i zapomnianym. Jej droga była trudna, ale kroczyła po niej świadoma tego, że posłałem ją Ja Pan.

Tak upłynął długi okres. Maria Magdalena Mnie Pana już nie widywała. Poświęciła się całkowicie swej ziemskiej pracy. Otrzymywała w tym celu potężną duchową pomoc za każdym razem, gdy tylko zaszła taka potrzeba. Kobiety czuły się do niej przyciągane, zwłaszcza młode dziewczyny. Maria Magdalena sama nie wiedziała, jak mocno działa siła przyciągania, która spływała na nią z góry.

Coraz bardziej czuła się połączona z panną, która kiedyś objawiła jej się w ozdobionym liliami jasnozielonym płaszczu. Była to Irmingard, Czysta Lilia, która zanurzyła swą wiodącą siłę w łączące ogniwo na Ziemi, aby ziemskie kobiety mogły znaleźć oparcie, jeżeli go szukały. Zaś wszyscy ci, którzy otworzyli się na słowa Moje Jezusa i podążyli śladami uczniów, znaleźli pomoc i siłę w poznaniu prawdziwej czystości.

Wiele kobiet z bogatych rodzin czuło się teraz przyciąganych przez Moją naukę Syna Bożego, którą Moi uczniowie publicznie głosili. Prosiły o chrzest i przystępowały wraz ze swymi bliskimi do służby Światłu.

Im bardziej narastała liczba zwolenników nauk Moich Jezusa, tym bardziej i wyraźniej wąż podnosił głowę. Zwłaszcza coraz wyraźniejsza była nienawiść Żydów, którzy straszliwie cierpieli w wyniku zbrodni popełnionej na Mnie Synu Bożym.

Od chwili, gdy Ja Jezus opuściłem Ziemię, działo się z ludźmi w ziemi żydowskiej bardzo źle. Wielu z nich przygniotły ciemne pięści i nieugięcie spychały ich w dół.

Tym gwałtowniej wrzało wszystko w ich duchu. Zaczęli najpierw skrycie, a potem już także publicznie zwolenników nauk Moich Chrystusa prześladować.

Jednej nocy w izdebce Marii Magdaleny pojawił się podobny do błyskawicy jasny promień. Nie słychać było jednak żadnego grzmotu i niebo było czyste. Wszędzie panował wręcz głęboki spokój, a Maria Magdalena miała w sobie światło i błogość, jakiej nie odczuwała od czasu, gdy Ja Jezus od nich odszedłem.

Była w pełni świadomości, jej zmysły czuwały i widziała wszystko w jasnej poświacie. Z najwyższych wyżyn usłyszała głos podobny do dźwięku trąb:

»Wczesnym rankiem przyjdź do grobu swego Pana i tam czekaj. W tym ciemnym mieście masz spełnić jeszcze jedno zadanie. Potem odszukaj Marię matkę, albowiem nadszedł już na to czas, najwyższy czas. Gdy spełnisz swe zadanie, już do Jerozolimy nie wracaj.

Przekaż swą pracę innym, którzy dobrze potrafią ją wykonywać i oddaj się prowadzeniu swego ducha. Nie powinnaś wiedzieć, gdzie wieczorem złożysz swe ciało na odpoczynek, masz iść za Słowem swego Pana i wpędzać Jego owieczki do Jego ogrodzeń. Zawsze pamiętaj o tym, że działasz w sile Pana i według tego postępuj.«

Magdalena wstała, przygotowała się do drogi i załatwiła niezbędne sprawy. Wydała także kilka poleceń dotyczących pierwszego okresu jej nieobecności. Potem odeszła.

Następna strona »

Blog na WordPress.com. | Theme: Pool by Borja Fernandez.
Entries and comments feeds.